Start arrow Nasza nauka arrow Nie odczuwać bólu..
 
 
Nie odczuwać bólu.. Drukuj
19.01.2007.
...,nie odczuwać radości.

Nie lubię, kiedy mnie ranią. Nie odczuwam zadowolenia doświadczając bólu. Wierzę jednak, że stałbym się mniej ludz­ki, gdybym nauczył się sztuki oderwania w takim stopniu, że nie obchodziłaby mnie śmierć przyjaciela czy krewnego lub obraz głodujących dzieci, pokazywany w wiadomościach. Niewykluczone, że ludzie żyjący w kraju rozpaczliwej nędzy, wysokiej śmiertelności niemowląt, częstych powodzi, klęsk głodu i katastrof naturalnych muszą uzbroić się przeciwko ciągłej groźbie tragedii, tak jak lekarze chronią się przed zbyt głębokim emocjonalnym zaangażowaniem wobec śmier­telnie chorych pacjentów. Sądzę jednak, że cena za tego typu ochronę jest zbyt wysoka.
Kiedy uzbrajam się wobec niebezpieczeństwa utraty (przez śmierć, rozwód czy tylko przeprowadzkę) bliskiego przyjaciela ucząc samego siebie braku przywiązania, nie pozwalając sobie na zbyt bliskie związki z nikim, tracę wów­czas część swojej duszy. Kiedy próbuję uniknąć bólu przez omijanie w gazecie artykułów o głodzie i torturach i przecho­dzenie do stron o sporcie, mówiąc sobie: „To przykre, ale świat już taki jest”, umniejszam siebie jako człowieka i staję się mniej żywy. Kiedy chronię się przed rozczarowaniem przez wmawianie sobie, że nie chcę być szczęśliwy, że szczęście to ułuda i iluzja, pomniejszam własną duszę. Żyć to znaczy czuć ból, ucieczka przed bólem umniejsza duszę.
Hinduski powie o przekrocze­niu bólu i żałoby, o akceptowaniu i absorbowaniu ich, nie o ich zwalczaniu. (Wschodnie religie mają na ogół tendencję do patrzenia na świat w kategoriach łączenia przeciwieństw, żeby uzyskać sens całości. Tam gdzie zachodnie religie widzą

ostre kontrasty, np. męski-żeński, boski-ludzki, dobry-zły, dla wierzącego człowieka Wschodu podziały te są znacznie mniej wyraźne.) Nie mówił o zaprzeczaniu i chowaniu się przed bólem w sposób, w jaki wielu ludzi to robi. Zbyt często, jeśli coś nas boli, udajemy, że bólu nie czujemy albo
bierzemy tabletkę, żeby ból przepędzić, bez zwracania uwagi na prawdziwą jego przyczynę. Możliwe, że powinno nas boleć i ucieczka od bólu powoduje jedynie, że unikamy praw­dy.
Nikt nam nie mówi o groźnych skutkach ubocznych obyczaju ufania środkom znieczulającym i o tym, że jednym z tych skutków jest zmniejszona zdolność odczuwania czegokolwiek.
Kiedy prowadziłem żałobne nabożeństwo, siedzący w pierwszym rzędzie krewni zmarłego są wyraźnie zażenowa­ni. Wiedzą, że powinni coś czuć - rozpacz, ból - ale niczego nie czują, bo nigdy się tego nie nauczyli. Poza, być może, złością i urazą nie nauczyli się języka uczuć i teraz, kiedy nadeszła potrzeba, stwierdzają, że są niemi. Kiedy jestem z rodziną zmarłego przed pogrzebem, znajduje się wśród niej jedna stara kobieta, która rozpacza: „Dlaczego?! Dlaczego musiało się to zdarzyć? Był takim dobrym człowiekiem”. I zawsze znajdzie się jakiś czterdziestoletni mężczyzna w garniturze, który powie z zażenowaniem: „Czy ktoś nie mógłby jej uciszyć? Dajcie jej valium”. A prawda jest taka, że ta stara kobieta jest jedyną z obecnych osobą przy zdrowych zmysłach.
Wie, że przydarzyło się coś bolesnego i reaguje na ból. Reszta jest zbyt odrętwiała, zbyt niewykształcona w języku żałoby, by wiedzieć, co się z nimi dzieje.

Hindus powie, że sposobem na przejście przez życie pełne tragedii i niepewności nie jest walka, lecz rezygnacja i akceptacja, tak jak orientalny zapaśnik zamiast frontalnego ataku używa wagi i siły prze­ciwnika, żeby go pokonać. Ale Hindus spróbuje przeko­nać, że sposobem na uniknięcie bólu jest obniżenie poprzecz­ki oczekiwań. Usłyszysz nie oczekuj, że życie będzie sprawiedliwe, to nie będziesz rozpaczał nad niesprawiedliwością. Zawsze ist­niały przestępstwa, korupcja i nieszczęśliwe wypadki, i zawsze będą istniały. Są częścią ludzkiego życia. (Mój nau­czyciel mówił: „Oczekiwanie, że świat potraktuje cię spra­wiedliwie, ponieważ jesteś dobrym człowiekiem, to jest ocze­kiwanie, że lew cię nie zaatakuje, ponieważ jesteś wegetaria­ninem”.)
Kohelet doznał tyle bólu i rozpaczy, ponieważ pozwo­lił sobie na uczucia wobec niedoskonałości tego świata. Nie było powodu, dla którego miałby tak rozpaczać. Jego życie byłoby dużo przyjemniejsze, gdyby się nauczył wzruszać ramionami na cierpienia i niesprawiedliwości: „Przykro mi, doprawdy, że świat jest taki, jaki jest, ale przecież go nie zmienię, więc, po co się przejmować”.

Nie pozwól, by cokolwiek stało się dla ciebie ważne - ani praca, ani samochód, ani nawet zdrowie czy rodzina - a sta­niesz się odporny na strach przed ich stratą. Zamiast wysilać się, by zdobyć to, co pragniesz mieć (lub, do czego przekonały cię reklamy), obniż poziom oczekiwań do tego, co już masz, a nawet poniżej, żeby nic ci nie mogło być odebrane. Zamiast frustracji i niezaspokojonych pragnień, będziesz miał zadowo­lenie i spokój ducha.
W czasie II. wojny światowej naziści otoczyli miliony nie­winnych ludzi i zamknęli ich w obozach koncentracyjnych. Ci więźniowie, których poczucie własnej wartości zależne było od ich bogactwa, pozycji społecznej, kariery zawodowej załamy­wali się na ogół w momencie, gdy to wszystko zostało im odebrane. Ci, których oparciem była wiara religijna lub poczucie własnej wartości niezależne od opinii innych, często lepiej dawali sobie radę.
Talmud mówi coś podobnego:, „Kto jest bogaty? Ten, kogo zadowala to, co ma”. Miarą bogactwa nie jest, ile człowiek posiada, ale ile pragnie posiadać z tego, czego nie ma. Bogaty człowiek, który pragnie posiadać więcej, nie jest bogaty.

Wiem, że kiedy obniżamy oczekiwania wobec życia, żeby uniknąć bólu i rozczarowania, tracimy część podobieństwa Bożego w nas. Zaakceptowanie przestępstw i politycznej korupcji, ponieważ zawsze były częścią życia społecznego, oznacza zbyt łatwe poddanie się. Z pewnością oszczędziłoby to nam wielu udręk i frustracji, ale, za jaką cenę? Mniejsze przywią­zanie do własnych dzieci, obniżenie ambicji wykonania dobrej roboty, dlatego że życie jest niesprawiedliwe i nieprzewidy­walne, immunizuje przed wielkim bólem, ale ograbia również z nadziei i radości. Jak ten człowiek na pogrzebie, który chce najlepiej i daje złą radę uciszenia bólu za pomocą valium, jak przewrażliwiony ojciec, który nie pozwala swojemu dziecku jeździć na rowerze ze strachu, że się ono przewróci i potłucze, tak i my otaczamy się wzajemnie źle pojętą troską. Nałożenie zbroi chroni nas przed ranami, ale równocześnie nie pozwala nam rosnąć.
A przecież musimy rosnąć. Każda matka wie, jak bolesne jest rodzenie nowego życia. W pewnym sensie niemal równie bolesne jest rodzenie nowego siebie w trakcie życia, przeras­tanie osoby, którą byliśmy, zrzucanie starej skóry, która tak dobrze nas chroniła, i przyjęcie na siebie ryzyka nowej osobowości. Młodość była dla wielu z nas bolesnym doświadcze­niem, bo tworzyliśmy nowych siebie, nadawaliśmy nowy sens temu, kim jesteśmy. Zmiana obyczajów w późniejszym okre­sie życia może być równie bolesnym i równie niezbędnym doświadczeniem.
Jestem rabinem - pastorem w zborze, do której należy sporo rodzin. Wśród nich jest wielu młodych, trzydzies­to - i czterdziestoletnich rodziców. Widziałem niszczący wpływ epidemii rozwodów i konfliktów małżeńskich. Widziałem skutki rozwodu dla dorosłych i dla dzieci.

Dorośli są zranieni, ale na ogół wychodzą z tego w całości. Jeśli nawet czterdzieści procent małżeństw kończy się roz­wodem, osiemdziesiąt procent rozwodów kończy się powtór­nym małżeństwem, często stabilnym i udanym. I nawet, jeśli żadne z partnerów nie zawrze nowego związku, często po wstępnej fazie bólu stwierdzają, że zdobyli coś nowego. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mi mówiły, że sepa­racja i wszystkie związane z tym kłopoty materialne i poczu­cie odrzucenia były bolesne, ale kiedy uporały się z tym, co się stało, stwierdziły, że są silniejsze, szczęśliwsze i bardziej niezależne niż kiedykolwiek przedtem. Wiele z nich koniecz­ność zmusiła do odkrycia, że dużo potrafią i że mają zasoby siły i kompetencji, jakich w sobie nie podejrzewały. Zamiast być jedną połową pary małżeńskiej, same stały się całym człowiekiem.
Ale dzieci są bardziej narażone na ciosy, mniej zdolne do samodzielnego pokierowania swoim życiem i do pozbierania rozbitych kawałków. Aż za dobrze znamy wpływ rozwodu rodziców na dzieci: poczucie odrzucenia przez rodziców, poczucie winy, że może to one spowodowały rozpad małżeństwa rodziców, brak wzoru osobowego do naśladowa­nia. Sądzę jednak, że rzeczywiste, dewastujące skutki rozwodu tak dla dzieci, jak dla ich przyjaciół, którzy sami tego nie doświadczyli, są znacznie bardziej dalekosiężne. Obawiam się, że wychowujemy pokolenie młodych ludzi, któ­rzy będą się bali miłości, będą się bali całkowitego oddania innemu człowiekowi, ponieważ widzieli, jak bolesne jest podejmowanie ryzyka miłości, kiedy się nie udaje. Obawiam się, że będą szukali intymności bez ryzyka, przyjemności bez uczuciowego zaangażowania.
Tak będą się bali bólu i rozcza­rowania, że zrezygnują z miłości i szczęścia.

W latach siedemdziesiątych śpiewano młodym słuchaczom: „Gdybym nikogo nie kochał, nigdy bym nie płakał... Nikt mnie nie obejmuje, nikogo nie dotykam... Jestem skałą, jestem wyspą... a skały nie czują bólu i wyspy nie płaczą”.

Pewien psycholog opisywał obawy dzisiejszej młodzieży przed prawdziwą miłością. Poważnie traktowany związek jest pułapką, ogranicza twoje wybory. Miłość naraża cię na rozczarowanie i odrzucenie. Dzieci nie reprezentują uwieńczenia małżeństwa i nieśmier­telności,
a tylko obowiązki i niewygodę. Mówił: „Dwadzieścia lat temu izolacja uczuciowa i niezdolność odczu­wania przyjemności były uważane za objawy schizofrenii. Dzisiaj ludzie uważają, że emocjonalne zaangażowanie jest zaproszeniem do tragedii, izolacja uczuciowa daje najlep­szy sposób przetrwania”. Innymi słowy, w czasie zabawy, nawet w pożyciu seksualnym, chcemy być jak maszyny, które wykonują czynności i zadania, ale nie mają żadnych uczuć.
Kiedyś odwiedziła mnie młoda para. Miałem udzielić im ślubu, a ponieważ nie znałem ich zbyt dobrze, poprosiłem na rozmowę. W pewnym momen­cie młody człowiek powiedział: „Rebe, czy miałbyś coś przeciwko drobnej zmianie ceremonii? Zamiast oznajmienia, że jesteśmy mężem i żoną aż śmierć nas rozłączy, czy mógłbyś oznajmić, że jesteśmy mężem i żoną tak długo, jak długo

trwa nasza miłość? Rozmawialiśmy o tym i oboje uważamy, że jeśli nadejdzie dzień, w którym przestaniemy się kochać, jest moralnie niesłuszne, byśmy nadal byli na siebie skazani”.
Moja odpowiedź brzmiała: „O nie, jestem przeciwny i nie zamierzam zmieniać niczego w ceremonii. I wy, i ja wiemy, że rozwody się zdarzają, że bardzo dużo małżeństw nie trwa aż do śmierci. Ale jeśli wstępujecie w związek małżeński mówiąc sobie, że jeśli się nie uda, to zawsze można się rozstać, jeśli psychologicznie nie rozpakujecie całego bagażu we wspólnym domu, to mogę niemal gwarantować, że wasze małżeństwo się rozpadnie. Doceniam uczciwość zawartą w waszej prośbie, waszą chęć życia bez hipokryzji. Musicie jednak zro­zumieć, że przysięga małżeńska nie oznacza po prostu oznaj­mienia, że chcecie ze sobą spać, ale zobowiązanie akceptacji rozczarowań i niepowodzeń, które są nieodłączną częścią związku dwojga niedoskonałych istot ludzkich. Jest wystar­czająco trudno zachować małżeństwo, nawet, jeśli oboje part­nerzy wkładają w nie wszystko, co mają. Ale jeśli wkłada się tylko część, a druga część stoi na zewnątrz, obserwuje i decy­duje, czy to jeszcze jest coś warte, czy już nie - wtedy dosłownie nie macie żadnej szansy”.
Ta młoda para bała się bólu, jaki widzieli w mał­żeństwach, które się rozpadły. Tak bali się utraty swoich uczuciowych inwestycji, że gotowi byli zainwestować tylko część siebie. W ten sposób, jeśli ich związek by się nie udał, nie zostaliby zbyt zranieni. Ale w rezultacie ich związek nie­uchronnie niemal byłby kruchy i niepewny. Do tego stopnia brakowałoby w nim emocjonalnego „kapitału”, że musiałby się rozpaść.

Otrzymałem w życiu wiele listów, w których kobiety pisały, że ich mężowie porzucili dom, gdy one same albo ich dzieci poważnie zachorowały. Nie wierzę, że ci wszyscy mężowie i ojcowie to okrutni ludzie bez uczuć. Przeciwnie, sądzę, że odczuli boleśnie to, co się stało, ale ponieważ nikt ich nigdy nie nauczył, jak żyć z bólem, nie umieli z nim sobie poradzić. Wpadli, więc w panikę i uciekli od groźnej, uczucio­wo przytłaczającej sytuacji. Może niektórzy z nich, jak ta młoda para w rozmowie zemną, wstąpili w związki małżeńskie oczekując, że małżeństwo da im życie pełne przyjemności, a kiedy zamiast tego otrzymali ból, konflikt i nie­pewność, zdecydowali, że kontrakt ich nie obowiązuje, bo umawiali się o coś innego.

Przypominam sobie bajkę o księciu zamienionym w żabę, któremu piękna księżniczka pocałunkiem przywraca postać księcia, do wersji, którą zobaczył w telewizyjnej Ulicy Sezamkowej, gdzie księżniczka całuje żabę i sama się w żabę zamienia. Zabawna scenka, ale czy nie uczy przypadkiem dzieci, że na pewnym poziomie intymności emocjonalne zaan­gażowanie jest groźne i może zrobić krzywdę?
Jeśli wierzymy, że musimy unikać bólu w celu zapewnie­nia sobie dobrego życia, istnieje niebezpieczeństwo, że opanu­jemy sztukę unikania bólu tak dobrze, iż nie będziemy już odczuwać niczego - ani radości, ani miłości, ani nadziei, ani podziwu. Będziemy emocjonalnie znieczuleni. Nauczymy się żyć w bardzo wąskim przedziale uczuciowym, zaakceptujemy fakt, że będzie w naszym życiu bardzo mało momentów szczy­towych w zamian za gwarancję, że nie będzie również upad­ków, bólu czy smutku. Po prostu niekończąca się monotonia, jeden szary dzień za drugim.
Ze strachu przed bólem nauczy­my się sztuki uczuciowej izolacji tak dobrze, że już nas żadne uczucia nie będą mogły dosięgnąć.

Przypadłością naszych czasów, która wysysa tak wiele sensu z naszego życia, jest choroba nudy. Tak wielu z nas uważa swoją pracę, małżeństwo, przyjaciół i hobby za strasz­liwie nudne.
W desperacji szukamy czegokolwiek - filmu, wyjazdu na urlop - co by wzniosło nasze życie ponad codzienność. Niektórzy wykonują najróżniejsze, niesłychanie niebez­pieczne rzeczy, jeżdżą za szybko samochodem, skaczą ze spa­dochronów, ujeżdżają wodospady kajakami, bo „tylko wtedy czuję, że żyję”. Inni sięgają po narkotyki w desperackim pędzie wzniesienia się ponad emocjonalną płaskość dnia codziennego, bo znowu chcą poczuć cokolwiek. Dla poprzed­niego pokolenia narkotyki były mechanizmem ucieczki z getta, alternatywą dla beznadziei i rozpaczy, sposobem na zdławienie bólu. Dzisiaj, przy gwałtownym wzroście cen, stały się zabawką dla zblazowanej klasy średniej, która używa ich nie po to, żeby złagodzić ból, ale żeby uciec od nudy, żeby dobrze się czuć i doświadczyć wyostrzonych sensacji wzrokowych, słuchowych i dotykowych, bo nic w ich rzeczy­wistym świecie im tego nie daje.
Nastolatek, który okrada sklep lub włamuje się do samo­chodu i ląduje w rejestrach policyjnych, czy pani domu, która wdaje się w przygodny romans i niszczy swoje małżeństwo, niekoniecznie świadomie starają się dokonać czegoś złego czy szkodliwego. Może po prostu szukają jakiejś podniety w swoim jednostajnym, nudnym życiu. Są gotowi, jak Faust, sprzedać swe dusze diabłu za jedną chwilkę uczucia, że naprawdę żyją.
Myślimy, że przyczyna leży w tym, co robimy i z kim to robimy i że lekarstwem na plagę nudy jest zmiana pracy, zmiana małżonka, przeprowadzka, a wtedy życie stanie się ciekawsze.

Czasami zmiana rzeczywiście może być potrzebna, ale często problem leży w nas samych.
Ze strachu przed zra­nieniem czy rozczarowaniem wybraliśmy życie emocjonalnej płaskości. Ustaliliśmy sobie emocjonalne dno i niżej już się nie zapuszczamy, żeby mieć pewność, że nic nas nie zasmuci ani nie wpędzi w depresję. Ustaliliśmy sobie również emocjo­nalny pułap, powyżej którego się nie wznosimy, ponieważ ryzyko upadku z wysoka jest zbyt wielkie, a teraz zastanawiamy się, dlaczego czujemy się tacy stłamszeni. Wstrzykujemy w siebie duchowe valium, żeby bez skaleczenia przejść przez życiowe burze i zastanawiamy się, dlaczego czu­jemy się tacy odrętwiali.
Jedna z bajek Braci Grimm nosi tytuł Bajka o jednym takim, co wyruszył w świat, żeby strach poznać. Opowiada o chłopcu, który się nigdy niczego nie bał. Nie znał uczucia strachu i czuł się, dlatego niepełnym człowiekiem. Wybrał się, więc w świat, przeżył mnóstwo mrożących krew w żyłach przygód, spotkał duchy, czarownice i ogniste smoki, ale nigdy nie odczuł nawet dreszczyku lęku. Podczas ostatniej swej przygody wyzwala zamek ze złego zaklęcia i z wdzięczności król oddaje mu córkę za żonę. Nasz bohater zwierza się narzeczonej ze swej przypadłości i mówi, że chociaż mu się bardzo podoba, nie może się z nią ożenić, dopóki nie nauczy się odczuwania strachu. W noc poślubną (przynajmniej w wersji, którą Bracia Grimm opowiadają dzieciom) panna młoda znienacka ściąga z niego kołdrę i wylewa na niego wiadro lodowatej wody, w której pływają małe rybki. Pan młody krzyczy: „O ukochana, teraz wiem, co to znaczy dreszcz trwogi” i jest szczęśliwy.
O czym mówi ta dziwna bajka? W książce „Wykorzystanie czaru” interpretuje ją jako stwierdzenie, że człowiek nie może doj­rzeć do dorosłego życia, niezależnie od tego, czego dokona na świecie, dopóki nie jest emocjonalnie dojrzały i otwarty na uczucia. Nasz bohater nie umie odczuwać miłości i radości, dopóki nie nauczy się odczuwać lęku i przerażenia. Być może, jest on symbolem tych wszystkich, którzy w wysiłkach, aby uniknąć ran, zabili w sobie zdolność do wszelkich uczuć i - w odróżnieniu od bohatera bajki - nie wiedzą nawet, czego im brak.

Wiele lat temu miłośnicy kina, od najmłodszych do naj­starszych, zachwycali się historią E.T., przybysza z innej planety. Historia stwora należącego do innej, bardziej niż nasza zaawansowanej cywilizacji, który przypad­kowo wylądował na Ziemi, stała się nagle najpopularniejszym i najzyskowniejszym filmem naszych czasów. Dzieci w tym filmie, które po prostu chcą kochać E.T. i być przez niego kochane, zmagają się z naukowcami, którzy chcą go uwięzić i zbadać. Co prawda, konflikt między zbuntowaną młodzieżą i autorytarnymi dorosłymi należy w równym stopniu do his­torii kina, co konflikt między policją i przestępcami czy między kowbojami i Indianami. Niemniej jednak E.T. dodał tu coś nowego. Czarne charaktery w E.T. to nie są po prostu dorośli, którzy chcą narzucić dzieciom swoje normy. Są to naukowcy, którzy w imię naukowego postępu chcą zniszczyć miłość. (Rok później w filmie Splash pokazano ten sam kon­flikt. Syrenka wychodzi na suchy ląd w poszukiwaniu miłości, a naukowcy chcą ją złapać i przeprowadzić sekcję). Z jednej strony, rozum ludzki jest ukoronowaniem człowieczeństwa.

Od czasów Arystotelesa filozofowie uważali rozum za ten przymiot, który odróżnia nas od zwierząt. Kiedy na swych pierwszych stronach Biblia opisuje, jak Adam nazy­wa zwierzęta, składa tym samym hołd jego unikalnej zdol­ności rozumowania, klasyfikowania rzeczy. Tylko człowiek potrafi używać rozumu do produkcji narzędzi, budowy maszyn, zmiany środowiska, jak również do pisania książek i komponowania symfonii.
Z drugiej strony jednak, tenże rozum mówi nam, że rozum ma swoje granice. Jeśli wykonam sekcję żaby, zdobędę masę informacji o anatomii żaby, ale żaby już nie będę miał. Jeśli ktoś wykona sekcję Syrenki czy istoty z innej planety, może dokonać przełomowych odkryć w nauce, może zdobyć nagrodę Nobla, ale już nie będzie miał przyjaciela, który go kocha, a dla wielu ludzi taka cena za wiedzę jest zbyt wysoka. Biblijne, hebrajskie słowo „yada” - poznać, znaczy albo posia­dać informację o kimś, albo być z kimś w bliskiej zażyłości. Wydaje się jednak, że musimy wybrać między analizowa­niem kogoś na odległość, a takim zbliżeniem do drugiej osoby, że doświadczamy jej raczej, niż intelektualnie poznajemy.
Kohelet, zbyt już stary i sarkastyczny na życie przyjem­nościami, zwraca się do filozofii, żeby odkryć sens życia i stwierdza, że „poznał” je, ale go nie doznał. Przeczytał wszystkie księgi, wysłuchał wszystkich uczonych wykładów i stwierdził, że sensu życia nie można znaleźć w filozofii. Zdobycie mnóstwa informacji o tym, jak żyć, to jak zdobycie mnóstwa informacji o tym, jak pływać czy grać na skrzyp­cach, bez wejścia kiedykolwiek do wody czy wzięcia w ręce skrzypiec.

Pamiętam, kiedy byłem ze swoją córką w szkole na rozpoczęcie roku, dyrektor mówił a dzieciaki słuchały. Byli zbyt mali, by rozumieć, co się wokół nich działo. Nie rozumieli ironii zwrotu „najlepsi i najzdolniejsi”. Wielu z nich brakowało im jednak mądrości, umiejętności wykorzystywania tych informacji. Istotą mądrości jest respekt wobec ograniczeń ludzkiej inteligencji i poczucie szacunku wobec niezmiernych, ciem­nych rewirów rzeczywistości, których rozum nie może prze­niknąć. Wykształcenie otrzymane w szkole rozwinie mózgi, ale istnieje obawa, że dzieciaki, choć nie wszystkie staną się „najlepszymi i najzdolniejszymi” swojego pokolenia, dość sprytnymi, żeby przewodzić, ale nie dość mądrymi, żeby wiedzieć, dokąd iść.

Niektórzy z nich wybiorą się na medycynę i mam nadzieję, że nauczą się nie tylko biologii i chemii, ale rów­nież poczucia czci wobec cudu życia i cudownego skompliko­wania ludzkiego ciała. Mam nadzieję - że nauczą się, iż pewnych chorób nie da się wyleczyć przez postawienie trafnej diagnozy i użycie najnowocześniejszego sprzętu, lecz tylko przez miłość i troskę. Bez pokory i szacun­ku mogą stać się odpowiednikiem mechanika samochodo­wego, tyle tylko, że przedmiotem praktyki będą istoty ludz­kie, których nigdy nie wyleczą.
Niektórzy z nich poświęcą się pracy w przemyśle i wiem, że będzie taki dzień, w którym inte­ligencja nie poparta wrażliwością, rozum bez serca, kompute­rowe wydruki i racjonalność doprowadzą ich do decyzji, które niepotrzebnie zranią ludzi. W takiej sytuacji szacunek dla duszy ludzkiej powinien być ważniejszy niż wykres zysku.

W rezultacie obserwacji, dokąd doprowadzili nas intelek­tualnie uzdolnieni przywódcy, w rezultacie dużych i małych tragedii XX wieku (najbardziej kulturalny naród w Europie przeprowadził Holocaust, najlepsi naukowcy doprowadzili do zanieczyszczenia powietrza i wody) nauczyliśmy się nie ufać inteligencji jako przewodniczce życia. Teorie Zygmunta Freuda zmieniły nasz sposób myślenia, ponieważ przypo­mniały nam, że chociaż zdaje nam się, że nasze działania opie­rają się na rozumowych, logicznych przesłankach, robimy wiele rzeczy, których prawdziwych przyczyn nie rozumiemy.
Kohelet postanowił zbadać, czy prawdziwe jest przysłowie, które tylekroć słyszał: „Mędrzec ma w głowie swojej oczy, a głupiec chodzi w ciemności”. Miał nadzieję, że jest prawdzi­we. Potrzebna mu była pewność, że lepiej jest być mądrym niż głupim, lepiej być wykształconym niż ignorantem. Potrze­bował przekonania, że w wiedzy znajduje się wytrych do życia i że niewykształcony dryfuje przez życie bez kompasu. Był przecież mądrym, myślącym, kulturalnym człowiekiem. Może to wystarczy, by powstrzymać upadek ku nieuchronnej śmierci i zapomnieniu? Może wiedza naprawdę stanowi tu o różnicy?
Stwierdził jednak, że o ile mądry człowiek ma oczy, który­mi patrzy, to widzi nimi wyłącznie ograniczoną przydatność mądrości. Kohelet widział zapewne, jak i my widzieliśmy, mądrych ludzi robiących głupie rzeczy. Przypatrzmy się słowu „uzasadniać”. Oznacza ono zrobienie czegoś błędnego i wynalezienie racjonalnych powodów dla usprawiedliwienia tego błędu.
Używamy inteligencji nie po to, żeby znaleźć właściwą drogę, ale żeby znaleźć chytre wytłumaczenie, dla­czego wybraliśmy złą.
Kohelet widział zapewne zdolnych ludzi, którzy używali swojej inteligencji, żeby uniknąć uczuciowego zaangażowa­nia, analizowali zamiast troszczyć się, woleli „poznać” E.T. zamiast go pokochać. Jeśli mędrzec wędruje w świetle dzien­nym, a głupiec w ciemności, czy istnieje coś, co psuje się od wystawienia na światło dzienne? Czy są przyjemności życia, które mają być doświadczane bez analizowania ich i rozumie­nia? Pewien dowcip rysunkowy pokazuje wyprowadzonego z równowagi nastolatka, jak mówi swojej matce: „Na litość Boską, przestań mnie rozumieć!”

Możliwe, że głupcy chodzą w ciemnościach, ale przecież połowę naszego życia spędzamy w ciemnościach i może musimy nauczyć się żyć jak „głupcy”, oddając się uczuciom, które nie w pełni rozumiemy, tak byśmy w tych ciemnościach dobrze się czuli. Znam ludzi, którzy boją się uczuć w rów­nym stopniu, jak inni boją się ciemności. Miłość, radość, gniew przerażają ich, bo nie panują nad nimi. Nie pozwala­ją sobie na złość, nie mogą zatracić się w miłości, bo zna­czyłoby to, że tracą kontrolę nad swoimi uczuciami, a tego się boją. Nie umieją obchodzić się z uczuciami, których nie potra­fią racjonalnie uporządkować. (Starożytna opowieść o puszce Pandory opowiada historię kobiety, która dostała od bogów zamkniętą puszkę z nakazem, by jej nigdy nie otwierała. Pandora oczywiście jest ciekawa i otwiera puszkę, z której wydostają się wszelkiego rodzaju demony. Wcale nie musi to być historyjka o tym, że kobiety ściągnęły na świat wszelkie możliwe kłopoty. Czy nie jest to raczej przypowieść pokazują­ca, że mężczyźni trzymają uczuciową stronę swoich osobo­wości szczelnie zamkniętą ze strachu przed możliwym niebez­pieczeństwem, podczas gdy kobiety mniej się jej boją? Pandora znaczy po grecku „wiele darów”).

Zarówno w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie istnieje tra­dycja „świętego prostaczka”, zwykłego, ciemnego i nieskom­plikowanego człowieka, który spontanicznie i z entuzjazmem służy Bogu nie zastanawiając się nad tym, co robi. Jego służba jest szczególnie miła Bogu, ponieważ nie stwarza żadnych intelektualnych barier między nim a Bogiem. W średniowiecznym chrześcijaństwie bardzo popularna była przypowieść o Kuglarzu Panny Maryi. Wszyscy wierni przy­nosili dary, żeby uczcić Dziewicę Maryję. Były to wspaniałe, drogie dary, ręcznie tkane gobeliny, nabite klejnotami koro­ny. Pewien ubogi, prosty, młody człowiek nie miał żadnego daru ani pieniędzy, żeby go kupić. Ale umiał żonglować. Tańczył, więc i żonglował przed posągiem Dziewicy, ku zgro­zie wszystkich statecznych obywateli. A ponieważ jego żonglerka była darem prosto z serca, przyjęta była najwdzięczniej ze wszystkich darów.

Jeśli mamy spędzić znaczną część życia w ciemności, czy powinniśmy być świadomi czyhających tam niebezpie­czeństw, czy też mamy chodzić jak „głupcy”, zdając sobie sprawę, że nie znamy wszystkich niebezpieczeństw i że zna­lezienie właściwej drogi nie zawsze zależy od nas?
W minionym stu­leciu były dwie wojny światowe i niezliczona liczba mniej­szych. Zabito dziesiątki milionów ludzi. Większość tych wojen zaplanowali i przeprowadzili rozsądni, inteligentni ludzie. Nic dziwnego, więc, że po każdej wojnie czujemy rozczarowa­nie wobec rozumu i inteligencji, bo widzimy, dokąd nas zapro­wadziły. W ostatnich czasach obserwujemy odrodzenie funda­mentalizmu i ekstremizmu, święcenie irracjonalności w chrześcijaństwie, w judaizmie i islamie.
Widzimy jarmułki na głowach żydowskich studentów uniwersytetów i czadory na twarzach studentek na Bliskim Wschodzie. Chociaż ich symbolika jest odmienna, są to dwa sposoby odrzucenia współczesnego świata i jego wartości, wraz z twierdzeniem, że umysł ludzki bez Bożej pomocy jest w stanie odkryć prawdę. Widzimy pojawienie się niezliczonych „uzdrawiaczy wiarą” i telewizyjnych kaznodziejów. Miliony ludzi chłoną ich przesłanie, że to „najlepsi i najzdolniejsi” chodzą w ciem­nościach, a tylko irracjonalni, tylko „Boży prostaczkowie” mają w głowie oczy.
Czy Kohelet rozczarował się tym, czego się dowiedział o zdolności ludzkiego umysłu do wytyczenia drogi przez życie? Wydaje się, że nigdy nie stracił wiary w rozum. Nie stał się mistykiem ani nie wymienił swojego sceptycyzmu na funda­mentalizm. W końcu, napisał księgę na ten temat. Ale wyda­je się mówić: „Nauczyłem się wszystkiego. Doszedłem tak daleko, jak rozum mógł mnie zaprowadzić i to po prostu nie wystarcza. Potrzebuję czegoś więcej. Potrzebuję takiej prawdy, do której rozum nie może mnie doprowadzić, ale jestem logicznym, myślącym człowiekiem i nie wiem, gdzie jej szukać. Lekarze i filozofowie mówili mi o życiu i śmierci, i kiedy ich słuchałem, wszystko, co mówili, miało sens. Ale jeśli to ma sens, to, dlaczego nadal boję się śmierci i zapomnienia?”
Możemy podejrze­wać, że jeśli Kohelet kiedykolwiek znajdzie odpowiedź, to odpowiedź ta nie będzie miała sensu, przynajmniej na racjo­nalnym poziomie.

Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, zmarł - w wyjątkowo tragicznych okolicznościach - kolega z pracy mojego ojca i towarzyszyłem ojcu na jego pogrzebie. Wdowa i dzieci zmarłego otoczeni byli przez duchownych, którzy starali się umniejszyć ich rozpacz i sprawić, by poczuli się lepiej. Wypowiadali wszystkie właściwe słowa, ale nic nie pomagało. Rodzina była poza możliwością przyjęcia pociechy. Wdowa powtarzała: „Macie rację, ja wiem, że macie rację, ale to niczego nie zmienia”. Wtedy podszedł krzepki mężczyzna po osiemdziesiątce, Jako młody człowiek wrócił z Rosji. Przyjechał do Polski, niepiśmienny i bez grosza. Znany był z nieustępliwości, bez­względności wobec innych. Nigdy nie nauczył się czytać ani pisać. Dopiero, co był chory i ślady choroby widać było na jego twa­rzy i w sposobie poruszania się. Ale podszedł do wdowy i zaczął płakać, a ona płakała wraz z nim. Czuło się niemal w powietrzu zmianę atmosfery. Ten człowiek, który nie prze­czytał w życiu żadnej książki, mówił językiem serca i miał klucz do bramy pocieszenia, jakiego nie mieli duchowni.

Umysł ludzki to coś wielkiego, to może najbardziej nie­odparty dowód na rękę Bożą w procesie ewolucji. Kiedy sobie uświadomimy, że istoty ludzkie rodzą się słabsze, powolniej­sze, bardziej nagie i nieporadne niż tak wiele innych stwo­rzeń, zrozumiemy, że jesteśmy w stanie przeżyć tylko dzięki naszej inteligencji. Nie mając sierści czy upierzenia, nauczy­liśmy się tkać odzież i ogrzewać nasze domy. By zastąpić brak masywnych mięśni innych zwierząt, zbudowaliśmy maszyny. Umysł ludzki stworzył lekarstwa i sztuczne serca, żeby przedłużyć życie. Stworzył książki, które inspirują nas i uczą współczucia. Ma on jednak swoje granice. Są pytania, włącznie z kilkoma najważniejszymi, na które umysł ludzki nie umie znaleźć odpowiedzi. Pascal ujął to w następujący sposób: „Serce ma swój rozum, którego rozum nie pojmuje”.

Kiedy byłem w szkole biblijnej, studenci byli podzieleni na dwa obozy: racjonaliści, którzy podchodzili do tradycji umysłem: jako do czegoś, co ma być zrozumiane i wytłuma­czone, oraz mistycy, którzy do tej samej tradycji podchodzili duszą: jako do czegoś, co nigdy nie może być zrozumiane ani wytłumaczone, lecz tylko doznane. W owych dniach należałem twardo do obozu racjonalistów. Patrzyliśmy z lekką pogardą na tych innych i uważaliśmy ich za średniowiecznych obskurantów, których żadna grupa wykształconych ludzi nigdy nie potraktuje poważnie.
Oni uważali nas za oschłych legalistów, którzy nigdy nie sięgną poniżej piętnastu centymetrów od czubka głowy, może oświecą umysł, ale nigdy nie sięgną duszy. My, racjonaliści, wierzyliśmy wówczas, że jeśli tylko uda nam się wytłuma­czyć ludziom religię i pokazać jej sensowność, przekonamy wszystkich. Czyż nie mamy do czynienia z inteligentnymi, myślącymi ludźmi? Dlaczego nie mieliby słuchać głosu rozu­mu? Nie rozumieliśmy, że wiara - jak miłość, lojalność, nadzieja i wiele innych najważniejszych wymiarów naszego życia - ma swe korzenie w wielkiej, ciemnej, irracjonalnej przestrzeni, gdzie rozum ludzki nie dociera i umysł ludzki nie wędruje.
Stevenson napisał kiedyś: To, co człowiek wie w wieku lat pięćdziesięciu, a czego nie wiedział, jak miał dwadzieścia lat, jest w większości wypadków nie do przekazania. Wszystkie obserwacje o życiu, które można przekazać, są znane równie dobrze uważnemu dwudziestolatkowi, jak pięćdziesięciolatkowi. Wszystko to zostało mu powiedziane, wszystko to czytał, ale tego nie przeżył. To, co wie w wieku lat pięćdziesięciu, a czego nie wiedział, jak miał dwadzieścia lat, to nie jest znajomość formuł i słów, ale ludzi, miejsc, działań - wie­dza zdobyta nie poprzez słowa, ale przez dotyk, wzrok, dźwięk; to sukcesy, niepowodzenia, bezsenność, przywią­zanie, miłość - ludzkie doświadczenia i uczucia, tak własne jak i innych ludzi. I może również trochę wiary i trochę rewerencji wobec rzeczy, których nie można zoba­czyć.
Zgodnie z obserwacją Junga, że w połowie życia wracamy i wypełniamy miejsca, które zostawiliśmy puste w młodości, równie często cytuję mistyczną tradycję judaizmu, co racjonalistyczną. Co pewien czas sięgam po książki, do których bra­kowało mi cierpliwości w latach młodości. Nauczyłem się doceniać wartość obyczajów i rytuałów, które „nie mają sensu”.
Cykl światła dziennego i ciemności istnieje w moim świecie wewnętrznym, w umyśle i uczuciach, tak jak istnieje w świecie wokół mnie. Czasami naszym zadaniem jest oświet­lić to, co pogrążone jest w ciemności, zrozumieć sens tego, co się wokół dzieje, znaleźć powiązania przyczynowe i wyjaśnić je. Ale czasami naszą powinnością jest zaakceptowanie ciem­ności, rzeczy, których nie można i nie powinno się wyjaśniać, zaakceptowanie ich jako części świata, w którym żyjemy.

Przy końcu filmu E.T. ucieka goniącym go kapłanom wie­dzy i rozumu i kieruje się w ciemność, żeby dotrzeć do domu. Przy końcu filmu Splash Syrenka i jej ziemski ukochany ucie­kają policji i naukowcom w ciemność podmorskiego świata.

I ostatecznie my także któregoś dnia odejdziemy w ciemność, a jeśli przedtem nauczymy się, jak żyć, stawimy temu czoło ani mądrze, ani głupio, lecz odważnie i bez lęku.

Simha
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »