Start arrow Świadectwa arrow Świadectwo Elachanana
 
 
Świadectwo Elachanana Drukuj
11.03.2007.
PRZESZEDŁEM DŁUGĄ DROGĘ

Elchatian, artysta malarz, tir. w roku 1942 w Stanach Zjednoczonych, w żydowskiej rodzinie, której członkowie przybyli do Ameryki z Wigier i dawnej Czechosłowacji. Jak sam mówi o sobie, większa^ część swego życia poświecił na poszukiwanie "źródła". Szukał go w wielu krajach. Oto jego opowieść.


Urodziłem się w Nowym Jorku. Rodzina nasza podobno wiele razy przenosiła się, wciąż dalej i dalej, na zachód Stanów. Wreszcie osiedliśmy na stałe w Kalifornii, gdzie się wychowałem. Można by nazwać nas średniozamożną amerykańsko-żydowską rodziną. Konserwatywną ale nie ortodoksyjną. Nie byliśmy zbyt religijni i słabo znaliśmy Biblię. Mimo to, zawsze uświadamialiśmy sobie, że jesteśmy Żydami, chociaż w pełni nie potrafiliśmy oganiać całej głębi naszego narodowego przeznaczenia. Osobiście, miałem zawsze takie wrażenie, że jestem nie w tym miejscu i nie w tym czasie gdzie powinienem. Nigdy i nigdzie nie czułem się "w domu". Już od dzieciństwa wszystko w moim życiu jakoś się nie. układało. Dzieci, z którymi się bawiłem były nieciekawe, ich żarty mnie nie śmieszyły, a sprawy, którymi żyły, nie obchodziły.

Kiedy skończyłem 25 lat - a były to lata sześćdziesiąte - świat nagle się zmienił. Być może, że to Duch Boży został wylany na świat - nie wiem. Zdarzyło się to, czego Żydzi oczekiwali przez 2000 lat - została odzyskana Jerozolima. Ruch łiippisów był w pełnym rozkwicie, a Kalifornia zajmowała pod tym względem pierwsze miejsce. Coś mnie niepokoiło, ale sam nie wiedziałem co. Czułem się kompletnie oderwany od swojego pokolenia. Nieustannie myślałem, że musi być coś więcej niż tylko to, co widzę dookoła. Przygotowania do mojej bar-micwy nic mi nie dały. Powiedziałem rodzicom, że wszyscy tylko mówią, o Bogu, aleja Go nie widzę. Miałem wówczas 12 lat. Rodzice poradzili mi, abym obejrzał film Dziesięcioro Przykazań. Być może myśleli, że ten film wywrze na mnie jakieś wrażenie i zmusi do lepszego traktowania spraw religii. Obejrzałem ten film. Okazał się wspaniały, a jego treść podziałała na mnie. Pomyślałem sobie, że jeśli Bóg istnieje, to jest właśnie taki. Ale tam, w Kalifornii, Bóg nie był dla mnie taką samą rzeczywistością jak na Synaju. Nie potrafiłem odczuć Jego obecności i przerwałem przygotowania do bar-micwy.

Zacząłem studiować sztukę na uniwersytecie. Tam zaczęły rodzić się we mnie problemy.
Zbudowałem sobie pewną filozofię, która sprowadzała się do następujących stwierdzeń: wszystko, co do tej pory mi pokazywano było kłamstwem; wszystko, co dane mi było słyszeć, w istocie, nieprawdą; jedynym, czego można być pewnym to to, co mogę odczuć moimi pięcioma zmysłami, a uwierzyć mogę tylko w to, co sam widzę albo czego sam doświadczyłem. Najważniejszą częścią mojej filozofii było stwierdzenie - musimy koniecznie wrócić do naszej przeszłości. W Ameryce nie ma niczego, co byłoby starsze niż 250 lat. Wszystko jest "zapakowane w celofan" i nie ma nawet zapachu. Zatem - do Europy! Tam można cofnąć się w czasie. Tam przynajmniej można jeszcze poczuć zapach chleba.

Przez pięć lat mieszkałem w Paryżu, gdzie pracowałem rysując ilustracje do książek oraz pisząc artykuły i opowiadania. W ten sposób zarabiałem na życie. Zwiedziłem sąsiadujące z Francją, Anglię, Niemcy i Włochy. To, co oglądałem, porównywałem z tym, o czym czytałem w książkach i we wszystko próbowałem się wgłębić - poznać historię. Chcąc wejść jeszcze dalej w głąb czasu, z Rzymu pojechałem do Grecji, kolebki zachodniej cywilizacji. Szukałem prawdy-źródła, wciąż nie wiedząc gdzie ani czym to jest. Wszystko się plątało - zbyt wiele techniki, zbyt wielu artystów, zbyt wielu ojców i matek. Szukałem samego siebie. Moja dusza była zagubiona. Grzech - po hebrajsku chat - to jakby "wystrzał ze strzelby, nie trafiający do celu". A ja zagubiłem cel mojego życia - widocznie, szedłem w niewłaściwym kierunku. Zatraciłem też radość - widać, szukałem prawdy i miłości, nie tam, gdzie trzeba. Właściwie, przestałem przyznawać się, że jestem Żydem. Pewnego razu zapytano mnie - Jesteś Życiem? Odpowiedziałem pytaniem - Co (o znaczy - Żyd? Wtedy zapytano mnie - Czy twoi rodzice są Żydami? Odpowiedziałem - Tak. W odpowiedzi usłyszałem - To znaczy jesteś Żydem. Nie chciałbyś pojechać do Izraela? - A po co?
odpowiedziałem. Izrael był wtedy ostatnim miejscem, gdzie miałbym ochotę pojechać.
Ale, wiedziałem też to jedno - w Europie "źródła" nie ma. Wkrótce przekonałem się, że nie doceniałem różnic kulturowych. Bo chociaż, będąc Amerykaninem, można czuć się w Europie prawie jak w domu, jednak Brazylia, to nie Europa. To doprawdy inna planeta - pierwotna i zmysłowa, męczący upał, żadnego życia intelektualnego. Cały czas czujesz się brudny i przepocony, a życie obraca się wokół "czucia". Kiedy znalazłem mieszkanie od razu rzucił mi się w oczy, umieszczony nad drzwiami, napis w języku portugalskim: „Tutaj jest obecny Bóg a Jezus Żyje!” Otworzyłem drzwi - wtedy jeszcze nic nie wiedziałem o Duchu Świętym - i jakby Ktoś przemówił do mnie w moim sercu - otwierasz drzwi do nowego okresu w swoim życiu.

Kiedy wszedłem do środka, poczułem się jak Alicja z Krainy Czarów, która trafiła w krainę cudów przez króliczą jamę. Pogrążyłem się w gęstą i głęboką ciemność. Od tego momentu wszystko przestało się układać. Jeśli wyciągałem po coś rękę, to "coś" od razu ulatywało i w mojej ręce pozostawała pustka. Sam sobie obrzydłem i czułem się okropnie samotny. Ale nawet i wtedy, głęboko w moim sercu mieszkała pewność, że posuwam się w kierunku "źródła". Otoczył mnie świat prymitywnych, niczym nie ograniczonych emocji. Pogrążyłem się w przeszłość, jeszcze głębszą niż w Grecji. To była Afryka. Afrykański element jest wyraźny w Brazylii, bardziej niż
gdziekolwiek indziej na całym Kontynencie Amerykańskim. Kontynuowałem pracę nad moją książką, a obraz Jezusa coraz bardziej drążył moje myśli. W Grecji, gdzie pisałem artykuły
przeciwko chrześcijaństwu i kościołowi, broniłem Żyda na krzyżu, pozostającego niezrozumiałym. W jakiś sposób czułem z Nim więź, z tym niezrozumiałym Żydem-Jezusem.
Ale religia nie znajdowała we mnie oddźwięku. Zbyt dobrze uświadamiałem sobie istnienie prawdy i kłamstwa. Zbyt wiele widziałem fałszu i obłudy. Szczególnie oburzało mnie to, że Żydzi i chrześcijanie wzajemnie się osądzają. Wiecie, jak to jest - Nie powinieneś z nim rozmawiać - on jest gojem (tzn. nie-Żydem). Albo - Nie wolno ci się z nim przyjaźnić, bo nie jest Żydem, itp.
A ja, za wszelką cenę chciałem znaleźć "źródło" - początek. Żadnych kompromisów.
Czasami myślałem, że będę sobie statecznym Żydem, artystą rysownikiem. Przez te 4 lata spędzone w Brazylii czułem się jak ryba wyciągnięta z wody. Odbyłem, że to co ja widzę, tego nie widzą inni. Idąc z przyjaciółmi często mówiłem - Widzicie to?... Widzicie tamto?... To nie może być przypadek... Moi przyjaciele nadali mi przydomek: "człowiek nie uznający przypadków". We wszystkim widziałem określony porządek, przyczynę i skutek - pewien plan. Nie mogłem tylko zrozumieć, do czego to prowadzi. Miałem 30 lat a czułem się już starcem, który wszystko widział, wszystkiego doświadczył. W tym, co czytałem i oglądałem, nie odnajdywałem nadziei. Czy to polityka, czy religia lub sztuka - nigdzie nie było prawdy.

Na początku 1977 roku miałem sen. Stałem koło sadzawki w jakimś ogrodzie. Był cudowny, orzeźwiający wieczór. Sadzawka pokryta była grubą, szklaną szybą, w której był niewielki otwór. Od dołu dotykały ją wodorosty. Było to tak piękne i kuszące, że rozebrałem się i dałem nurka przez otwór w szybie. Nagle zrozumiałem, że tu, pod szkłem, nie będę miał dostępu powietrza. Zacząłem płynąć, szukając wyjścia, ale nie mogłem go znaleźć. Zacząłem się dusić... Na tym sen się skończył. Ale nie obudziłem się. Spacerowałem brzegiem tej samej sadzawki. Tym razem stąpałem po powierzchni szklanej szyby, chcąc sprawdzić na ile jest mocna. Przekonałem się, że wytrzymuje mój ciężar. Widziałem, jak od dołu przyciskają się do szklanej tafli przepiękne lilie. I nagle spomiędzy tych lilii wyjrzała blada twarz topielca - to była moja własna twarz. Obudziłem się. Mój sen mocno mnie zdziwił, ale dane mi było go zrozumieć dopiero po jakimś czasie.

W styczniu 1977 roku pojechałem z przyjaciółmi do Salwadoru, żeby wziąć udział w obchodach karnawału. W tamtym czasie karnawał w Salwadorze nosił nazwę Ostatków. Bawiło się całe miasto. Na ulicach było wszystko: muzyka, tańce, narkotyki, magia... Wszystko, co ludzie tłumili w sobie w ciągu całego roku, teraz wychodziło na zewnątrz. W tamtych dniach Bóg zaczynał wylewać na mnie Ducha Świętego. Miałem takie uczucie, jakbym zbliżał się do "źródła". Pewnego razu miałem widzenie. Trwało trzy dni i trzy noce. Między snem a jawą nie było praktycznie żadnej różnicy. Są tylko dwie możliwości - myślałem - albo wypełnia się wszystko to, czego szukałem, albo istnieje tylko demoniczna ciemność bez żadnej nadziei. Zrozumiałem, że nie ma ani "bezpańskiej ziemi" ani "pośredniej drogi", tylko - światło i ciemność. Jak śpiewa Bob Dylan - musisz komuś służyć [...] może to być diabeł lub może być Bóg. Spędzałem czas z przyjaciółmi, obserwując karnawał, a Bóg nieustannie mówił do mnie -przez usta ludzi, których spotykałem. Wtedy po raz pierwszy zacząłem uświadamiać sobie własną grzeszność. Zrozumiałem, że miara moich grzechów już się wypełniła. To tak, jak z ziarnem. Zasiewa się je, a ono *pó'jakimś czasie kiełkuje i wydaje plon. Uświadomiłem sobie też, że grzech jest chorobą która w ostatecznym efekcie prowadzi do śmierci. Było to tale, jakby ktoś włączył światło i oświetlił pokój, w którym jest pełno śmieci. Nie mogłem już tego dłużej tolerować i dalej tak żyć. Jednocześnie, wszelkie znaki wskazujące na Jezusa dawały mi poczucie szczególnego uspokojenia.

Poznałem dziewczynę. Na srebrnym łańcuszku nosiła wisiorek, a w nim ziarnko gorczycy... Na moje pytanie, poruszające mój problem, odpowiedziała przypowieścią Jezusa. Wiara powinna być jak ziarnko gorczycy, które kryje w sobie wielki potencjał i może "dać życie" dużemu drzewu. Jezus powiedział o tym 2000 lat temu. Salwadorska dziewczyna nosiła tę ozdobę, aby przypominała jej o Jego słowach. Zamurowało mnie. Ja - Żyd, byłem poruszony - to słowo poruszyło mój rozum, serce i duszę. To słowo było naprawcie żywe i skuteczne. "Zasłona", zasłaniająca wzrok mojego rozumu, zaczęła opadać i dane mi było jasno i trzeźwo widzieć. Biblia mówi o "zasłonie", leżącej na sercach Żydów, podobnej do tej, oddzielającej niegdyś miejsce "święte" od "najświętszego", która rozdarła się od góry do dołu po śmierci krzyżowej Jezusa.

Przez całe swoje życie próbowałem rozedrzeć tę zasłonę od dołu, ale nie udawało mi się. Teraz, Bóg rozdarł ją - z góry na dół - i nagle zobaczyłem całe moje życie, lata przeżyte w Los Angeles, Paiyżu, Grecji i Brazylii. Przez głowę przelatywały mi obrazy różnych miejsc i ludzi. Przeszłość na kształt zwoju rozwinęła się przede mną. Historia cofnęła się do czasu dzieciństwa moich rodziców, kiedy to ich rodzice wyjeżdżali z Węgier, aby następnie wyjechać do Ziemi Izraela. Potem zobaczyłem Syjon, "miasto wielkiego Króla", o którym nigdy przedtem nie myślałem. Wróciłem do Egiptu, do czasów "Wyjścia", potem do patriarchy Abrahama. Zwój rozwijał się dalej i dalej. Wszystko w nim było dobrze poukładane. Wszystko, nie tylko obracało się zgodnie z porządkiem historycznym, ale co więcej, historia zamieniała się w duchową rzeczywistość. Wracałem tam z poczuciem konieczności wyspowiadania się ze swoich grzechów. Bóg przypominał mi o ludziach, których wykorzystałem do realizacji własnych celów. Trzeba było pójść do tych ludzi w skrusze i pokucie. Poprosiłem mojego przyjaciela o przebaczenie, ale on powiedział - To drobnostka. Ja .wcale nie uważałem, że to "drobnostka". Płakałem przed moimi przyjaciółmi, bo wiedziałem, że czasami, w przeszłości, moje słowa raniły ich, a moje postępowanie wyrządzało im krzywdę. Nie mogłem znieść swojej przeszłości, którą Duch Święty mi przypominał. Pomyślałem sobie, że albo odchodzę od zmysłów albo spotkałem się z żywym Bogiem. Przyjaciel, z którym wspólnie pracowaliśmy nad książką, pochodził z chrześcijańskiej rodziny, chociaż w codziennym życiu nie trzymał się swojej religii. Martwił się o mnie i pojechał do miasta, a kiedy wrócił, powiedział - Posłuchaj. Wiem, że przechodzisz teraz trudny okres. Znalazłem człowieka, który być może będzie mógł ci pomóc. - Kto to jest - zapytałem. Podał mi kawałek papieru, na którym napisane było nazwisko pewnego psychologa. Nazywał się Nazaret. Znowu! - pomyślałem - jeszcze jedno wskazanie na tego Jedynego, który może wyleczyć mnie z mojej choroby - na człowieka ż Nazaretu. Wiedziałem już, że pomóc może mi nie salwadorski lekarz, który przy pomocy gładkich słów będzie próbował mnie pocieszać, i z którym spotkanie być może przyniesie mi chwilową ulgę, ale Człowiek, który umarł na krzyżu. Powiedziałem - Wybaczcie, ałe do lekarza nie pójdą.

Pewnego dnia Bóg przyprowadził mnie nad brzeg morskiej zatoki, której nazwa brzmiała strasznie: Wszystkich Umarłych (lub świętych?). Dzisiaj to wiem, i rozumiem słowa
Jezusa, że nie można się na nowo narodzić zanim się nie umrze. Wcieleniem w życie tej zasady jest chrzest wodny. Oczywiście, wtedy niczego na ten temat nie wiedziałem. Zostawiwszy na brzegu swoje "ja" - mój portfel z całą jego zawartością - wbiegłem do morza. Poczułem się tak, jakbym dotarł do "źródła", w którym mogę oczyścić się i wyleczyć z mojej choroby. Zadziwiające było to, że na swojej nodze naprawdę miałem ropiejącą ranę, jakby symbol choroby mojego ducha.
Już więcej nie chciałem zarażać innych ludzi swoimi "zarazkami". Prowadzić dalej takie życie byłoby przestępstwem. Brały mnie mdłości na myśl o moim malarstwie, artykułach, kontaktach z ludźmi. Przed Bogiem byłem nieczysty. Dokładnie tak, jak mówi prorok Izajasz -"Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg i mieszkam pośród ludu nieczystych warg ..." (Izajasz 6:5) Zacząłem płynąć w kierunku pełnego morza. Byłem gotowy umrzeć. Myślałem - Bóg może zabrać mnie, jeśli zechce; jestem gotowy. Byłem w dobrej formie więc odpłynąłem ok. 1-go kilometra od brzegu. Czułem coś niezwykłego. Jakby Bóg był ze mną. Byłem wyczerpany, ale Bóg dawał mi nowe siły.

Dopłynąłem do trzech skał, wznoszących się ponad powierzchnię wody pośrodku zatoki. Zacząłem wspinać się na jedną z nich. Byłem już śmiertelnie zmęczony. Wspinając się na szczyt tej wulkanicznej skały zauważyłem, że był w niej otwór. Wypływał z niego strumień wody, który spadał w dół kaskadami, rozbijając się o skały. Dźwięk bulgocącej wody przypominał odgłos wody spłukiwanej w toalecie. Zrozumiałem, co to za skała! Wiedziałem, że znalałem się tutaj aby uwolnić się od swojej choroby. Wsunąłem chorą stopę pod strumień wody, spływającej z góry ..i poczułem jak ból mnie opuszcza, tak jakby coś ciemnego, czarnego i nieczystego wychodziło ze mnie i spływało w głębinę morską. Byłem wstrząśnięty i płakałem jak nowonarodzone dziecko. Kiedy wróciłem wpław na brzeg, miałem takie uczucie, jakby Bóg mnie ochrzcił, i stałem się innym człowiekiem. Mój portfel leżał na swoim miejscu, a w jego środku nie było nic poza "cudzą" fotografią obcego człowieka. Zupełnie jak w moim śnie. Patrząc w dół, na twarz tonącego człowieka, zobaczyłem siebie. Zaszła zmiana. Jezus stanął na miejscu mojego dawnego "ja". To nieprawdopodobne, ale taka była rzeczywistość - dziwna i niezrozumiała. I kto mi ją wyjaśni?...

Po powrocie do Rio dostałem Biblię. Zupełnie jej nie znałem, ale jak tylko ją otworzyłem już nie mogłem się od niej oderwać. W ciągu 9-ciu miesięcy robiłem tylko to, o czym przeczytałem w Biblii, słowo w słowo, stronica za stronicą. Pewnego razu przeczytałem w księdze Micheasza 7:19 "Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy, wrzuci do głębin morskich wszystkie nasze grzechy." Właśnie to stało się ze mną. Znałem dobrze z Talmudu znaczenie hebrajskiego słowa, taszlich - wyrzucać. Zwykle, pieiwszego dnia Rosz ha-Szana szło się z modlitwą nad rzekę i wrzucało do wody swoje grzechy. Płakałem i płakałem, kiedy nagle doznałem olśnienia i
zrozumiałem, co zaszło. I wtedy, pierwszy raz w życiu, poczułem się czysty i rozpromieniony!
Dokładnie zrozumiałem, co miał na myśli apostoł Paweł, kiedy pisał -"Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus." On napisał te słowa nie, ot, tak sobie, ale przeżywszy je samemu. Tak jak ja.

Moim pierwszym odkryciem podczas czytania Biblii było uświadomienie sobie swojego żydowstwa. Jakby jakiś wewnętrzny głos powiedział - Oto ty, końcowe ogniwo w długiej historii żydowskiego narodu. Jesteś złączony nasieniem Abrahama. I nawet jeśli rzucę cię w głęboką
ciemność, albo rozproszę cię pośród innych narodów, znowu cię odnajdę. [5 Moj.30:3-4]

Myślałem - Brazylia jest zbyt daleko od Izraela. Żyję w głębokim mroku, a powinienem teraz dokądś iść i coś robić. Bo Żydzi są powołani, aby zwiastować Imię Boże wśród innych narodów. Nie miałem jeszcze przekonania do Jezusa, ale zdążyłem już go pokochać - jak Żyd Żyda. Kontynuowałem studiowanie Biblii od I-ej Mojżeszowej po Nowy Testament. Straciłem poczucie czasu. Czytając w III-ciej Mojżeszowej o Dniu Pojednania, myślałem sobie - widzisz, wszędzie jeden i ten sam obraz; jeden przechodzi w drugi - jeden umiera, drugi żyje; zmiana, to zapłata za grzech; potem następuje pojednanie - wszystko było takie jasne, oczywiste. W pewnym momencie poczułem, że powinienem wyjść na ulicę. Przeszedłem parę kroków. Podniosłem oczy i zobaczyłem gwiazdę Dawida. Wyobraźcie sobie - w centrum Rio-de-Janerio! Ale, co robią tu ci wszyscy ludzie? Podszedłem do jednego z nich i zapytałem - Co się tutaj dzieje? Odpowiedział - Pan nie wie? Dzisiaj jest 'Jom Kipur' [hebr. 'Dzień Pojednania', zwany też dniem 'sądu' lub 'pokuty']. Nie od razu zdałem sobie sprawę, że stoję przed synagogą i że jest właśnie Dzień Pojednania. Bóg dał mi przeczytać o tym w Swoim Słowie, abym nawiązał kontakt z moim ludem.


Później, odwiedziłem głównego rabina Rio-de-Janerio. Jego sekretarka zapytała mnie w jakiej sprawie przyszedłem. Czy może pani umówić mnie z rabinem? - zapytałem i powiedziałem, że chciałem z nim porozmawiać o Bogu. Byłem jak naiwne dziecko. Ona myślała, że żartuję i powiedziała - On nie rozmawia o Bogu. Tym niemniej, spotkałem się z nim. Dałem mu do przeczytania teksty z Biblii, dotyczące proroctwa, że Mesjasz powinien urodzić się w Betlejemie [hebr. 'bejt lanem' - dom chleba] i cierpieć za nasze grzechy. On powiedział - To nie odnosi się do Jezusa. Pan się ludzi. Zacząłem odkrywać, że Żydzi zgadzają się przynajmniej w tym jednym, że Żyd nie powinien wierzyć w Jezusa.

Odwiedzałem różne kościoły - katolickie, zielonoświątkowe, grupy charyzmatyczne - starając się zrozumieć jak funkcjonują. Po dwóch latach Bóg potwierdził mi to, czego nie mógłbym sobie wyobrazić nawet w najdzikszym śnie - że pojadę do Izraela. Przeczytałem - "Zbiorę was ze wszystkich stron ziemi i przyprowadzę do ziemi, którą obiecałem waszym ojcom." To zdarzyło się, kiedy byłem w Stanach. Powiedziałem wtedy mojej rodzinie, że wybieram się do Izraela. Moja rodzina doświadczyła rozmaitych błogosławieństw i przekleństw, opisanych w Torze, ale moja matka zawsze stała przy. Bogu. Opowiedziałem jej o moim przeżyciu - że uwierzyłem w Jeszue. Zapytała mnie - Jesteś katolikiem? Odpowiedziałem - Bóg jeden wie. Ja - Żyd znalazłem Mesjasza. I dopiero teraz wiem, co to naprawdę znaczy być Żydem. Wybieram się do Izraela i będę tam żyć jak Żyd. Moja matka - 81-letnia, mądra, duchowa kobieta - rozejrzała się po pokoju, żeby przekonać się, czy ktoś nie słyszy i opowiedziała mi o widzeniu, jakie miała kilka lat wstecz. Powiedziała, że początkowo bala się opowiadać o tyra komukolwiek. Widziałam Go - powiedziała. - Stał tuż przede mną; to był On - Jezus. Wyciągał do mnie ręce. Był przepiękny. Potem powiedziała wprost - Co prawda, my -Żydzi, nie powinniśmy wierzyć w Jezusa, ale On jest cudownym człowiekiem. I w ogóle nie mam nic przeciw Niemu. Matka widziała, że moje życie było natchnione, przepełnione Bogiem i była z tego powodu szczęśliwa. Później i ona stała się wierzącą. Moja matka zrobiła wtedy jeszcze coś. Dala mi pożołkły kawałek papieru, na którym było napisane coś po hiebrajsku. Kiedy, 30 lat temu, w ósmym dniu mego życia, przeszedłem obrzęd obrzezania, napisano na nim moje żydowskie imię. Później, będąc znowu w Rio, poszedłem z tą kartką do synagogi. Tam pewien człowiek powiedział mi - Imię, które otrzymałeś przy obrzezaniu, brzmi ELCHANAN. Oznacza ono: 'Bóg przebaczył', 'Bóg byl laskowy'. Czy to nie cud? Kartka papieru z moim nowym imieniem czekała na mnie więcej niż 30 lat. Nigdy nie byłem zadowolony ze swojego angielskiego imienia. Tak jak i wszystko pozostałe i ono było kłamstwem. Elchanan - Bóg przebaczył mi - było imieniem dla mojego nowego życia. Byłem nowonarodzony i wolny.

Będąc w Rio (zdarzyło się to, gdy żydowska Pascha zbiegła się w czasie z chrześcijańską Wielkanocą), poszedłem do zboru baptystycznego. Niektórzy ludzi dziwnie na mnie patrzyli, kiedy ja - Żyd, wszedłem tam z moją przyjaciółką - mulatką. Konieczne były duże zmiany na zewnątrz, po tym, jak Bóg zmienił mnie wewnątrz. Spotkałem się z innymi wierzącymi i poszliśmy świętować w pewne miejsce, gdzie świętowali również żołnierze z "piechoty morskiej". Okazało się, że byli to moi starzy przyjaciele. Ale tam zdarzyło się coś dziwnego. W czasie, gdy wszyscy pili i tańczyli, ja wyszedłem na balkon i zacząłem mówić swoim przyjaciołom o Bogu. Nigdy nie byłem w żadnej szkole biblijnej ani innej podobnej instytucji, ale nagle otrzymałem ogromną wiedzę o Bogu. Moi przyjaciele dziwnie na mnie patrzyli. Niektórzy jednak zrozumeli, że stało się za mną coś szczególnego.

Później, tak się złożyło, że zostawiwszy wszystko - jedynie z Bożą łaską i Jego błogosławieństwem - wyjechałem do Izraela. Na nowo zacząłem stawiać pytania. Rozmawiając z ortodoksyjnymi Żydami, pytałem ich - Co to znaczy - być Żydem? Powiedziałem sobie - przecież Bóg nie sprowadził mnie z powrotem do Jerozolimy, żebym został baptystą!. Zacząłem uczyć się hebrajskiego. Znałem już portugalski, francuski i angielski. Ale hebrajski był jak morska toń, a inne języki, jak fale na jego powierzchni.

Pytałem niektórych chrześcijan - Dlaczego nie święcimy szabatu, skoro Bóg polecił to czynić dzieciom Izraela? Mówili mi, że to wszystko odeszło wraz z Chrystusem, i że weszliśmy teraz w szabat Chrystusowy. Odpowiedziałem - Brzmi to nieźle, ale tam napisane jest leż, że ustawa ta jest 'dla wszystkich waszych pokoleń'. I znowu stanąłem przed dylematem.

W Izraelu też spotkałem moją przyszłą żonę, Julię. Spotkałem ją na bawełnianych połach kibucu. A raczej - jak to ktoś prorokował - "spotkałem swoją Rut na polach izraelskich".
Pobraliśmy się. Była kobietą moich marzeń. Urodziło się nam dwoje dzieci. Pewnego sobotniego poranka wsiadłem do samochodu w centrum Jerozolimy, gdzie mieszkaliśmy, z zamiarem pojechania do zboru baptystycznego. Wszyscy byli w synagodze, albo jeszcze spali. Na ulicach było cicho i szum silnika jakby "zburzył" otaczającą ciszę. Wróciłem do domu i powiedziałem do Julii - Myślą, że powinniśmy świecić szabat. Ona odpowiedziała - Tak, ale kontakt z innymi wierzącymi także jest ważny. W końcu pojechaliśmy na to nabożeństwo, ale myśl pozostała. Wreszcie, pewnego dnia powiedziałem - Od jutra będziemy obchodzić szabat! Bóg będzie naszą
opatrznością, jeśli będziemy wypełniać wszystkie Jego przykazania. W piątkowy wieczór zapaliliśmy świece i odmówiliśmy kiditsz [hebr. 'uświęcenie'], i odczuliśmy, że zrobiliśmy coś, czego Bóg od nas oczekiwał (jest to ceremonia złożona z modlitw i błogosławieństw nad winem i jedzeniem, przed rozpoczęciem świętowania szabatu). Nasi sąsiedzi, których prawie nie znaliśmy, zajrzeli do naszego okna i widząc świece pozdrowili nas. W odpowiedzi, zaprosiliśmy ich do
siebie na wieczerzę szabatnią. Weszli i zaczęła się rozmowa. Kiedy spojrzeli na półkę z książkami i zobaczyli książkę o Jezusie, pomyślałem - oj, żeby tylko nie było problemów. I oto moja żona nagle mówi - Jesteśmy wierzącymi Żydami i wierzymy, że Jezus jest Mesjaszem. Aż podskoczyłem, żeby ją powstrzymać, ale było za późno - zostało to już powiedziane. Wyobraźcie sobie, co odpowiedzieli nam nasi goście - My też!
Tak to Bóg zatroszczył się o naszą potrzebę kontaktów z innymi wierzącymi, kiedy postanowiliśmy być Mu posłuszni. Spotkaliśmy jeszcze więcej wierzących. Zapraszaliśmy ich do siebie i dokładnie w 1,5 roku utworzyła się grupa domowa.

Grałem na gitarze i razem śpiewaliśmy. Nie mieliśmy zbyt dużo wiedzy, ale za to ogromny zapał. Wciąż potrzebowałem kogoś, kto mógłby odpowiedzieć na moje pytania. Niektórych z nich nie odważałem się zadawać wierzącym, których spotykałem. Oni zbyt bali się tych pytań. Potem spotkałem człowieka. Nazywał się. Josif Szułam, i znał zarówno Talmud jak i Nowy Testament - i nie bał się pytań. Obecnie jestem członkiem zgromadzenia Żydów mesjańskich w Jerozolimie -ruch mesjański zaczął się i trwa.

Jeśli chcecie żyć spokojnie, zostańcie w Ameiyce, gdzie można sobie być mesjańskim Żydem z jarmulką na głowie i Biblią w dłoni. Tam, to może być jeszcze jedna ciekawa forma pobożności. Kiedy przyjechałem tutaj, do Izraela, co pół godziny płakałem. Kładłem rękę na ziemi izraelskiej i myślałem - oto ziemia i ciało stały się jednym. Nagle uświadomiłem sobie, że oto wreszcie jestem na właściwym miejscu, we właściwym czasie i mam już właściwe imię. Poszedłem do Zachodniej Ściany - Ściany Płaczu [hebr. 'Kotel ha-Maarawi'] i usłyszałem Boży głos, mówiący do mnie - Witaj w domu!


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »